W końcu zebrałam się w sobie i znalazłam czas, żeby napisać Wam kilka słów o moich odczuciach po przeczytaniu sztuki / opowieści / książki pt. "Harry Potter i Przeklęte Dziecko".
Wyczekiwałam tej książki, marzyłam o powrocie do magicznego świata i chyba trochę się przejechałam. Ogólnie to czułam się trochę jak bym czytała Fanfiction. Mało JKR wyczuwałam w tym wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że to nie ona pisała scenariusz i po prostu zgodziła się go wydać i nadzorowała jego powstawanie. Spodziewałam się czegoś niesamowitego, że poczuję tamtą magie jak przy czytaniu całej serii. Niestety jak dla mnie tej książki nie ma co porównywać z całą resztą tzw. niebo, a ziemia. Harry został przedstawiony jako ojciec wydzierający się na syna, Ron jako głupek, Albus co chwila ma jakieś spięcia ze swoim starszym bratem i żeby tego było mało za przyjaciela wybiera sobie syna Drakona. Czyli jak dla mnie idealny scenariusz na zwykłe Fanfiction :p Najbardziej zaskoczyło mnie bezproblemowe wejście dzieciaków do gabinetu Minister Magii i rozwikłanie "super trudnej" zagadki założonej przez nią samą (Hermionę). Nie wiem jak wy uważacie ale moim zdaniem nikt by nie zgadł zaklęć ochronnych założonych przez Hermionę.
Czytając cały czas miałam wrażenie jakbym już to gdzieś widziała, jakby to już było. Bardzo się cieszyłam, że będę mogła jeszcze raz wejść w świat magii, ale oczekiwałam czegoś zupełnie innego.
Podsumowując.
Wchodzimy do naszego ukochanego pubu, zamawiamy przepyszne piwo kremowe, a dostajemy sok z dyni. Sok też jest smaczny, ale nastawiliśmy się już na smak naszego ulubionego napoju, więc czujemy rozczarowanie.
Tak właśnie czułam się czytając "Przeklęte dziecko"
Mimo wszystko cieszę się, że mogłam przeczytać tę książkę i z wielką radością obejrzałabym sztukę w Londynie :)
Kilka zdjęć z sceny:






Brak komentarzy:
Prześlij komentarz